|
|
piątek, 27 stycznia 2012
Chris wreczyl wymowienie. Bez widokow na nowa prace, wstrzymuje oddech czyniac przygotowania do slubu. Przed nami wielka niewiadoma. Wiadomo tylko, ze Chris bez pracy bedzie Chrisem powaznie depresyjnym.
wtorek, 24 stycznia 2012
Przed nami fala nowych wyzwan. Pisze- "wyzwan", bo tak ponoc ludzie szczesliwi podchodza do problemow. Chris najprawdopodobniej zostanie zwolniony z pracy- nie ze swojej winy. Jezeli nie zostanie zwolniony, sam da wymowienie. Innych propozycji, jak na razie, brak. W tym wszystkim nasze przygotowania do slubuzaczynaja sie finansowo wydawac coraz bardziej nierealne. To tyle, z newsow.
piątek, 23 grudnia 2011
Na swieta zapraszamy do nas samotnego kolege Chrisa. Jeszcze niedawno go nie cierpialam, teraz po malutku daje mu szanse. Kolega nie chcial przyjac zaproszenia, nie chcac sie narzucac, ale ku mojej uldze (ktora mnie zaskoczyla), udalo nam sie go namowic. W koncu na tym ma polegac Christmas spirit. Ostanie chwile w pracy, na biurku prezent od mamy Emmy- wlasnorecznie upieczone Christmas cake. Cudownych, cieplych i milosnych Moi Kochani :) xx
środa, 07 grudnia 2011
Waterford przypomina mi mocno zatkany zlew, nijak nie ma tu odplywu. Praca w EGF najwyrazniej zostala zastopowana, moje glowne zrodlo kontaktu zamilklo, ja wysylam aplikacje dla Chrisa w Limericku. Nie smialabym sie, gdyby On dostal tam fajna oferte, podczas gdy ja nadal czekalabym na przeniesienie tam. Tfu tfu. W piatek Max konczy rok- moj Aniol na czerech nogach z obledna grzywa i najlagodniejszym temperamentem. Chris ostanio glaskajac Maksiowy lepek przytulony do jego brzucha powiedzial, ze cieszy sie, ze poddal sie moim namowom. O ile pamietam przedstawilam mu oferte nie do odrzucenia a jej rezultaty to wiecej milosci w naszym domu. W przyszlym tygodniu wplacamy tez zaliczke do restauracji, w ktorej odbedzie sie nasz slubny obiad dla najblizszej Rodziny i garstki przyjaciol. Od stycznia ostra dieta- ech....! Zanim to jednak nastapi- przed nami Swieta i cala butelka Baileys Biscotti :)
piątek, 18 listopada 2011
Nawet male sluby oznaczaja powazne wydatki, po fali radosci ten reality check odciska mi sie na mozgu jak twardy stempel. Waterford tez wydaje sie wyrokiem na naszym zyciu i jak na razie nie widac szansy na zmiane miejsca zamieszkania- a czas nie stoi w miejscu i im dluzej beziemy czekac, tym trudniej bedzie nam dostac kredyt na dom. Mam nadzieje, ze te zapory to czesc planu, ktory doprowadzi nas do dobrego miejsca. Myslenie naiwne, ale przynajmniej nieco optymistyczne.
środa, 16 listopada 2011
Ksiadz, ktory nas poslubi wyglada jak bardziej przystojna wersja jasia Fasoli. Jest to chyba najbardziej wyluzowany, najmilszy kleryk z jakim mialam w swoim zyciu doczynienia. W jego pojeciu tzw. kurs malzenski jest opcjonalny, nbo jak mowi nie ma sensu ludzi do niczego zmuszac. W calej tej radosci i wzruszeniu czarna chmura nad nami wisi praca Himselfa- nienawidzi jej cala dusza a pomimo usilnych staran, nic innego na horyzoncie sie nie klaruje. Mma tez powazne obawy o nasze relacje, gdyz powrot Chrisa (po bardzo dlugiej przerwie, najpierw zwolnienie, potem 2-tygodniowy urlop) do tego miejsca bardzo negatywnie wplywa na jego samopoczucie, a to, w naturalny sposob rzutuje na nasze relacje. Dlatego o cud lepszej pracy dla niego sie modle, jezeli ktos, kto to czyta, tez czasami to czyni, prosze o moralne wsparcie ;) Albo o dobra energie wysylana w kierunku super pracy, w milej atmosferze, z miare normalnymi godzinami pracy i nie gorszym wynagodzeniem. Please, please.
poniedziałek, 14 listopada 2011
Pewnego dnia we wrzesniu roku przyszlego Himself zostanie oficjalnie rozpoznany jako moj Pan Maz. Ja bym sie tego raczej nie spodziewala.
środa, 09 listopada 2011
Warszawa-Lodz-Krakow
6 dni. 3 miasta. Kilka obaw o to albo tamto. Wszystkie obawy okazaly sie bezpodstawne. Wiele przyjemnych niespodzianek- w tym pogodowych- slonce swieci kazdego dnia zeslizgujac z naszych ramion cieple kurtki. Odwiedzamy rodzine, niestety na przyjaciol brakuje czasu , snujemy sie po kawiarenkach, jemy w dobrych restauracjach, jestesmy blisko i bardzo nam ze soba dobrze. Stare Miasto, Nowy Swiat, Krakowskie Przedmiescie i Powazki w Warszawie, Andel w Manufakturze (coz za hotel!), Piotrkowska,potem Limanka na wyrownanie nastroju, Rodzice, Babcia, na koniec Krakow- obowiazkowy Wawel, hotel na Kazimierzu, w ostatni dzien Oswiecim i Birkenau, dokad chcial pojechac Chris. Moje cialo slucha mnie i wstrzymujac regularne miesiecznie oczyszczenie nie stoi na drodze Erosowi. Po cichutku zaczynam miec nadzieje, ze moze TO wreszcie sie nam wydarzylo, az do wczorajszego poranka, gdy nadzieja ta daje...plame. O 6 rano placze w lazience, budzi sie Chris, przytula mnie gdy siedze na toalecie, z majtkami dookola kostek i kula w gardle. Za nim wslizguje sie Max, popycha mnie zimnym glosem, i juz smieje sie i placze na zmiane. Znowu jestesmy w domu. (Do Polski wroce w lutym- tym razem solo, mam nadzieje spotkac sie z wami, Dziewczyny)
wtorek, 25 października 2011
Max ma zapalenie trzustki, ale leczenie powoli daje rezultaty. Dzisiaj wet pobral mu krew do kolejnych badan, ja wertuje strony w internecie i zarzucam go seria pytan. Wczesniej nigdy bym nie pomyslala, ze bede szczesliwa gdy Max rzuci sie za kotem albo bedzie glosno szczekal w domu, gdyz to oznaka, ze jednak ma pewne zapasy energii. Nie, jak wczoraj wieczorem gdy wolno podniosl sie z podlogi w pokoju, w ktorym ogladalalam tiwi i jak Ninja udal sie na gore. Gdy zajrzalam tam 5 minut pozniej,spal snem sprawiedliwego na samym srodku naszego lozka. Byloby to smieszne gdyby nie byl chory. Mam jednak nadzieje, ze wyzdrowieje, bo pies przestaje byc tylko psem gdy zamieszkuje w twoim domu.
środa, 19 października 2011
Kolejna wizyta u weta, tym razem mojemu szczeniakowi pobieraja krew, aplikuja nastepny zastrzyk, daja serie antybiotykow i specjalna karme, ktorej Max nie chce tknac. Oby jednak, gdyz do jedzenia wkruszylam mu leki. Na koniec kolejny rachunek: 150 euro. Rano spacerujac z Maxem obserwuje dualizm tego kraju: z jednej strony tabuny otylych Irlandczykow zyjacych na diecie skladajacej sie glownie z fast foodu, z drugiej calkiem prezna grupa tych, ktorzy o 6 rano zbieraja sie w grupie aby biegac 5, 7, 10 km zanim wsiada do samochodu i poajda do pracy. Ja, jak zwykle, jestem gdzies posrodku.
|